środa, 11 stycznia 2017

"Natura ludzka musi zawsze coś podziwiać, różnice są tylko w odcieniach"



Poniższy felieton to moja praca konkursowa z 2013 roku. (Kopiowanie bez mojej zgody kategorycznie zabronione). Biorąc udział w Ogólnopolskim Konkursie na Felieton organizowanym przez
LO Nr XII we Wrocławiu rozpoczęłam swoją przygodę z pisaniem i bardzo mnie to "wciągnęło". W mojej pracy ustosunkowuję się do bałwochwalstwa, pogoni za modą oraz potrzebą człowieka, by ciągle się czymś zachwycać - nie istotne czym, byle się zachwycać...

Felieton był dla mnie wtedy dużym wyzwaniem, jednak jako nieliczna znalazłam się we Wrocławiu jako finalistka konkursu, a moje nazwisko pojawiło się w pamiątkowej książce ;) Niedługo opublikuję konkursowy felieton z roku 2014, wkrótce zostanie także opublikowana tegoroczna praca :)
Zwracam uwagę, że był to rok 2013, a więc miałam wtedy piętnaście lat - proszę o wyrozumiałość ;)

  Zachęcam do czytania i komentowania





Natura ludzka musi zawsze coś podziwiać; różnice są tylko w odcieniach.”

„Życie jest jak pudełko czekoladek. Nigdy    nie wiesz, na co trafisz”. Znamy ten cytat z filmu „Forrest Gump”. Tak samo rzecz się ma z obiektami do podziwiania. Niby nie wiesz na co trafisz, ale co z tego? Przecież spodoba Ci się mimo wszystko.
Urozmaicona ścieżka życia prowadzi przez lasy, doliny, góry i rzeki.  Amplituda egzystencji jest oscyloskopem, który pokazuje tępo i zróżnicowanie jej przebiegu. Na zmianę umiarkowane i przyspieszone, znów umiarkowane, przyspieszone i umiarkowane, i umiarkowane, i przyspieszone… i tak bez końca. Prawdę mówiąc, żyjemy na wielkiej kolejce górskiej. Powoli wjeżdżamy na szczyt, cieszymy się niebem, po czym z impetem dotykamy ziemi. Zataczamy koła, mijamy ściany labiryntu, aby wyjść na prostą.

Życie to także galeria sztuki. Przechodząc między namalowanymi obiektami krajobrazu, portretami ludzi zachwycamy się barwami, kształtami… Z jednej strony- stoicki spokój- harmonia i opanowanie, z drugiej chaos i abstrakcja. W renesansie, czy to w życiu, czy to w sztuce dominowała doskonałość  w każdym calu- a ta spójność i jedność imponowała ludziom. Jednak życie ma w sobie więcej abstrakcji niż jednolitości. Esy-floresy naszego życia, zawiłości myśli i uczuć przedstawiał na przykład Pablo Picasso. Choć jego dzieła są niezrozumiałe podobają się wielu ludziom. Ja też należę do tej grupy. Czemu? Po prostu uważam, że nie należy zachwycać się pozorami, a jedynie realną, prawdziwą stroną. Nie oszukujmy się-  prawdziwe życie jest zagmatwane i często trudne do zrozumienia… Niektóre rzeczy są dla nas abstrakcyjne, ale to właśnie one są odzwierciedleniem realizmu.
Najtrudniej jest mi zrozumieć  nastolatki, które adorują młodych chłopców „bo są ładni”. Bieber, czy One Direction to tylko pozoranci, którzy fanki przyciągają wyglądem, choć ja nie widzę w nich nic poza damskim głosikiem, sztucznością, makijażem i „ulizaną” grzywką. Może i Vivaldi nie był przystojny, ale jego muzyka jest… głęboka. Za to teksty bożyszczy nastolatek są płytkie jak woda w basenie dla noworodków. Przesłuchasz raz i już widzisz dno. Zaśpiewają kilka razy: „I love you baby”  a oszalałe tłumy dziewczyn już planują wesela. Przeraża mnie ten owczy pęd za prostotą. Ostatnio na przykład, na scenie światowej zasłynęła koreańska grupa PSY. Ich „fenomenem” nazywa się piosenkę gdzie jedyne słowa to „oppa gangnam style” powtórzone może trzy, a może cztery razy– nic wymyślnego, nic mądrego, ani trudnego. Jeden wers i układ taneczny, który jest prosty jak drut. To jest właśnie robienie z muchy słonia. Wywyższanie tandety na rzecz zapomnienia prawdziwej sztuki.
Coś lubimy mocniej, coś mniej. Coś, co nam wydaje się piękne, dla innych jest „takie sobie”. Hierarchia wartości liczy się od samego początku. Gdy urodzi nam się dziecko, nie chcemy, aby stało w czyimś cieniu. Uczymy je rywalizacji i sztuki przetrwania. Dosłownie. Dzisiejsze życie opiera się na przetrwaniu. Nikt nie chce być przysłaniany czyimś blaskiem, więc każdy walczy o bycie najlepszym. Każdy chce być podziwiany i doceniany.  Amerykańskie nastolatki dostają kieszonkowego co najniższa średnia krajowa w Polsce. Co rusz kupują nowe ciuchy, a na typowy t-shirt i jeansy patrzą z niesmakiem. W „pamiętniku zakupoholiczki” pojawia się wątek kupowania „wszystkiego i pomimo wszystko”.  Kobieta popadła w nałóg. Z debetem na koncie bankowym i pokaźną sumą długu kupowała bzdety, które tylko zapełniały szafę i powodowały nowe pożyczki. Jak dwa ujemne bieguny magnesu odpychała  rodzinę, przyjaciół, miłość. Wszystko kosztem zwrócenia na siebie uwagi. Człowiek już tak ma... Możesz się z tym nie zgodzić. Ale skoro Ty tak nie masz, to dlaczego tak często kupujesz ciuchy? Bo zmienia się moda, czyli gust, czyli upodobanie… czyli znów wszystko sprowadza się do upodobań. Bo nie kupujemy przypadkowej, tak zwanej pierwszej lepszej sukienki, tylko taką, w której podobamy się sobie.
 Nie zdając sobie z tego sprawy podziwiamy wiele rzeczy. Mijając wystawę  sklepu meblowego  rozmyślamy nad wyglądem sofy i już w myślach ustawiamy ją w salonie. Przechodząc przez uliczną zebrę zachwycamy się nowym modelem Mercedesa, który nie zwracając uwagi na to, iż stoimy z malutkim dzieckiem, ochlapał nas, wjeżdżając z impetem w kałużę po porannym deszczu. Mówią, że piękni ludzie mają w życiu lepiej. Czy to znaczy, że powinnam być optymistką, bo samochód, który mnie ochlapał nie był brzydki? Lepiej mieć szklankę do połowy pełną, czy do połowy pustą? Choć wychodzi na to samo, ja optymistycznie wybrałabym pierwszą…
                Zachwycamy się upalnym latem, śnieżną i mroźną zimą, kolorowymi darami jesieni. „Cielęcy zachwyt” wywoływany jest też wielką wyprzedażą, ciekawą książką, kapciami z pomponami, a nawet różowymi firmowymi adidasami dla noworodka, choć zauroczenie mija wraz z ilością cyfr przed przecinkiem na metce.  Zachwycamy się dosłownie wszystkim, co spotykamy na swojej drodze, lecz jednych zachwycają rzeczy materialne, innych duchowe. Ci pierwsi zaprzątają sobie głowę tym, co pomyślą ludzie, gdy zobaczą ich w czarnej sukience i trampkach lub tym, czy omdleją na widok  naszego nowego telefonu. Kupionego zupełnie niepotrzebnie, no ale przecież to najnowszy model…
Ci drudzy zachwycają się samym istnieniem. Krzysztof urodził się cały i zdrowy. Zachorował na białaczkę. Żyje z tą chorobą już 7 lat i choć jest mu ciężko docenia każdy moment życia, bo choroba uświadomiła mu, że może  być bardzo krótkie. Otoczony bliskimi i przyjaciółmi przeżywa każdego dnia kolejny odcień egzystencji: pobyt w szpitalu, zabieg, trudną rozmowę z lekarzem, to znów spacer z koleżanką, wspólne wyjazdy z rodziną, zmagania podczas gry w scrabble. Zdrowi niejednokrotnie nie potrafią docenić tego, co przynosi kolejny dzień.
Zauroczenie, aplauz, podziw, poklask, uznanie, euforia, admiracja, adoracja, cześć, czołobitność, hołd, kult, uwielbienie… wszystko odpycha nas od tego kim byliśmy na początku. Urodziliśmy się nadzy i beztroscy, a teraz zmieniamy się w zapatrzonych egoistów. Nasze życie jest funkcją, która od narodzin,  aż do śmierci ma stałą, średnią wartość. Oczywiście podziwianie nie jest niczym złym, dopóki nie przeradza się w obsesję. Musimy tylko wyważyć szalę tak, aby nie była zbytnio pochylona ani w stronę nadmiernego zachwytu, ani w stronę niedowierzania we własne możliwości i umiejętności.   


Autor: Julia Wąsicka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zostaw komentarz, będzie mi bardzo miło ;)
A jeśli blog Ci się podoba, zaobserwuj (na górze po prawej stronie).
Dziękuję, że jesteś ♥